wtorek, 21 maja 2019

12. Znajdź swą pasję


Pasja to miłość, a ta nie umiera nigdy. Pasja to entuzjazm. Pasja to sposób na życie.

Wejdź w inną rzeczywistość, zatop się ponad czasem. Znajdź coś, co cię prawdziwie zafascynuje, co sprawi, że czas się zatrzyma w miejscu, a ty wejdziesz na mentalne wyżyny.

Zapewne spotkasz na swej drodze wiele osób, które będą cię odwodzić od twojej pasji. Nawet jeśli im się to uda, to tylko chwilowo. Prawdziwa pasja przetrwa wszystko i odrodzi się niczym feniks z popiołu. Pasja to miłość do życia poprzez działanie. Miłości zabić się nie da, co najwyżej ją zdusić, ale to i tak jest czasowe.

Pasja to emocje. Silne, nieokiełznane. I zdradzę ci tajemnicę: im silniejsze emocje w tobie wywołuje, tym bardziej się wtapiasz i zapominasz o całym bożym świecie.

Człowiek z pasją nigdy nie jest samotny. Ma swoją odskocznię. Idealnie by było uczynić z pasji sposób na życie. Pasja sprawia, że doskonalisz się w danej czynności. A im jesteś sprawniejszy, im więcej wiedzy posiadasz- to już krótka droga do sukcesu w danej dziedzinie. Brnij do przodu w swoim działaniu, choćby nie wiem, jakie huragany szalały obok ciebie. Znajdź swą pasję i nigdy, ale to przenigdy się nie poddawaj!

11. Czyj głos ma Twój wewnętrzny krytyk?



Czyje słowa rozbrzmiewają w twojej głowie? Co ci mówią? W jakich sytuacjach? Czy ciebie motywują, czy też zupełnie odwrotnie- demotywują? Czy coś ci mówi permanentnie, że nie dasz rady? Czy coś ci mówi, że do czegoś się nie nadajesz? Czyje kody masz w podświadomości?

Czasami wynosisz błędne komunikaty z domu rodzinnego. Wychowano cię zgodnie z wiedzą i umiejętnościami twoich opiekunów. Inaczej nie potrafili. Czasami partner/ka wbija ci do głowy bolesne słowa. Szkoła, miejsca kultu, ludzie na ulicy… Tylko od ciebie zależy, czy uwierzysz w te słowa i czy one się ziszczą, czy też nie nadasz im żadnej mocy i wlecą jednym uchem, a wylecą drugim, nie czyniąc przy tym absolutnie żadnych szkód.

Możesz zniszczyć wewnętrznego krytyka. Gdy pojawia się jego komunikat, wytrwale zastępuj go świadomie przeciwstawnym. Powtarzaj sobie, że potrafisz, powtarzaj sobie, że dasz radę, że błogosławisz wszystkim dookoła, nawet jeśli sam w to nie wierzysz. W końcu dotrze to do ciebie. A wtedy w twoim życiu zaczną się dziać cuda.

poniedziałek, 20 maja 2019

10. Przygotuj czarny scenariusz


Zwykłam być pesymistyczną optymistką. Taką drogę obrałam zaraz po pierwszym porodzie i początkach macierzyństwa. Jeszcze przed ciążą wyimaginowałam sobie idealny poród naturalny, rodzinny, bez ingerencji medycznych. Życie szybko zweryfikowało mój (jakże naiwny!) plan. Końcówkę ciąży przeleżałam na oddziale patologii ciąży, a poród musiał być indukowany. Zaufałam lekarzom. Nie słuchałam swojej intuicji, chociaż po pierwszej nieudanej indukcji powiedziałam, że to i tak się skończy cesarką. Skończyło się oczywiście cięciem, ratującym życie moje i dziecka. Potem przyszedł czas na słodko- gorzkie macierzyństwo. Chciałam odpocząć, miałam nad głową sępa z dobrymi radami, próbującego mi wyrywać dziecko i nim rozporządzać. Moje ostre postawienie się skończyło się niemniej ostrą awanturą.

Przed drugim porodem byłam już mądrzejsza. Miałam opracowany cały plan, na wypadek, gdyby coś poszło nie po mojej myśli- nic jednak takiego się nie stało. Miałam w jednym palcu kartę praw pacjenta- jednak wiedza okazała się w tym przypadku zbędna. Cesarka na życzenie, bez mrugnięcia okiem, wspaniała opieka. Po powrocie do domu spokój. Nikt mi tyłka nie zawracał, chociaż w głowie miałam przerobione wszystkie możliwe scenariusze „na wypadek, gdyby”. I tutaj dochodzę do meritum: nieważne, czy przerobisz lekcje w głowie, czy „na żywo”. Ważne, abyś je przerobił. Efekt będzie taki sam. Te sytuacje się nie zdarzą. Dlatego zawsze, ale to zawsze, przygotowuję się na jakiś kwas, przygotowuję się na najgorsze. A potem miło się zaskakuje. Oczywiście z tyłu głowy mam też optymistyczny scenariusz, ale najpierw przerabiam wszystkie możliwe czarne przebiegi zdarzeń. Ot tak, na wszelki wypadek.

niedziela, 19 maja 2019

9. Codziennie pokonuj siebie


Każdego dnia staraj się robić więcej. Pokonuj swoje ograniczenia, pokonuj swoje słabości. Poczuj, że możesz więcej. Poczuj, że dasz radę i nigdy w to nie wątp.

Ustawiaj sobie cele. Nadawaj im priorytety i w kolejności przez nie wyznaczone realizuj je. Realizuj siebie. Każdego dnia zrób coś, co sprawia ci przyjemność. Rób coś dla samego robienia, wykonywania danej czynności. Ciesz się tym i za każdym razem postaraj się robić o krok dalej.

Dobrym sposobem pokonywania swoich słabości jest wyznaczanie sobie co najmniej trzydziestodniowych celów. Nigdy nie byłam jakoś specjalnie aktywna fizycznie, a za czasów szkolnych robiłam maksymalne uniki i szczerze nienawidziłam wychowania fizycznego. A dzisiaj? Dzisiaj ćwiczę codziennie. Nie pomijam żadnego dnia. Kiedy bardzo mi się nie chce, albo gorzej się czuję, robię trening po prostu krócej. Ale go robię. Słucham swojego ciała i prę do przodu. A zaczęłam od miesięcznego wyzwania. Wyzwania, które sama sobie narzuciłam. Nikomu nie mówiłam, nikomu się nie chwaliłam. Nie chciałam rozliczania. Nie chciałam krytykowania (chociaż dbanie o kondycję ciężko skrytykować). Nie chciałam demotywowania osób, którym tyłka ruszyć się nie chce. Zaparłam się w sobie i… ćwiczę po dziś dzień. Korzyści niewymierne. Ale najbardziej cieszy ten kolejny krok milowy co jakiś czas, zwiększająca się wytrzymałość, siła mięśni, rozciągnięcie, sprawność. Radość, kiedy zrobiłam kruka (asana w jodze) była nie do opisania. Myślałam, że nigdy tego nie dokonam. A jednak. Pokonałam samą siebie.

Mierz swoje postępy. Bądź dumny z każdego, nawet najmniejszego kroku do przodu. Nagradzaj sam siebie, chwal siebie, bądź z siebie dumny. Nie krytykuj siebie, gdy czegoś nie udało ci się zrobić- widocznie nie nadszedł jeszcze odpowiedni czas. Po prostu idź na przód. Jak się potkniesz- łap równowagę, kiedy upadniesz- podnieś się, wstań, otrzep i dumnie idź dalej z uniesioną głową.

sobota, 18 maja 2019

8. Energia zawsze się manifestuje


Ostatnimi czasy modne stało się określenie  prawo przyciągania. W najkrótszym założeniu pokazuje ono, że przyciągamy to, o czym myślimy, a dokładniej to, co czujemy. Im lepiej się czujemy, tym więcej przyciągamy pozytywów- sytuacji, ludzi, rzeczy materialnym. Im gorzej się czujemy, tym przyciągamy więcej negatywów. I coś w tym naprawdę jest.

Przewlekły stres jest czynnikiem chorobotwórczym i jest to niepodważalne i udowodnione naukowo. A jednak na swoim przykładzie wiem, że stres i żale potrafią zamanifestować się w najmniej oczekiwanym momencie i w najmniej spodziewanym zwrocie akcji. Miałam dość ciężkie dwa lata. Dwa lata pełne żalu, goryczy i złości. Wzięłam na siebie dużo, dużo za dużo. Mój kręgosłup moralny i mentalny wielu obciążeń i psychicznych, i fizycznych już nie dawał rady dźwigać. A jednak dalej ciągnęłam to, resztkami sił. I wówczas, u kresu wytrzymałości fizycznej i psychicznej zdarzył mi się dość poważny wypadek samochodowy. Wypadek, w którym w kategorii cudu kwalifikuję fakt, iż wyszłam z rozbitego auta na własnych (chociaż ostro posiniaczonych i stłuczonych) nogach. Wypadek, w którym… uszkodziłam sobie kręgosłup. Oczywiście można zwalić to na przypadek. Oczywiście można powiedzieć, że po prostu miałam pecha (jak określił to policjant). Ale dziwnym trafem, właśnie po tym wypadku, wszystko zaczęło mi się układać. Właśnie ten wypadek zmusił mnie do zadbania w końcu o siebie- o swoje ciało i duszę. O umysł i psychikę. Od tego niefortunnego zdarzenia nauczyłam się patrzeć na świat i ludzi pozytywnie. Ot, ciekawostka- trafiam na same sympatyczne osoby, które idą mi na rękę. Trafiam zawsze idealnie na zielone światła i puste miejsca parkingowe. Wyszukuję idealnie to, czego chcę. Tak, jakby Wszechświat mi zsyłał to, co jest aktualnie mi potrzebne. Jakby się dostrajał energią. Pozytywną energią…


7. Panuj nad czasem


To ty panuj nad czasem- nie pozwól, żeby czas panował nad tobą.

Problemy z glikemią nauczyły mnie pracować w blokach czasowych- jako, że muszę jeść co 3 godziny, maksymalnie co 4, zwykłam nastawiać alarm w telefonie co 3 godziny. Jest to czas, w którym maksymalnie staram się wykorzystać swoje siły i potencjał. Nie patrzę, ile mi zostało, nie skupiam się na minutach- po prostu robię coś i staram się cieszyć samym wykonywaniem czynności, jednocześnie robiąc to najlepiej i w miarę jak najszybciej, aby zrobić jak najwięcej.

Zerkanie na zegarek to zabójstwo czasu i jego marnotrawienie, wywoływanie (sztucznej) presji na samym sobie (jak robienie czegoś na ostatnią chwilę, z czym też zdarza mi się jeszcze walczyć- nikt nie jest idealny). W pracy nie ma nic gorszego niż presja, a najgorszą jej formą jest stawianie jej na piedestale przez nas samych. Sami się dekoncentrujemy na własne życzenie, zachęcając tym samym do błędów i niedokładności.

Kolejną moją, sprawdzoną, metodą na wykorzystanie czasu, jest rozpoczęcie dnia… dzień wcześniej.  Wieczorem,  kiedy  dzieci  już śpią,  przygotowuję boxy ze śniadaniem dla siebiei męża- dla siebie dwa pierwsze śniadania, dla męża box do pracy. Uprzątam mieszkanie, wybieram sobie ubrania na następny dzień, prasuję je, strój treningowy, jako że o poranku zwykłam ćwiczyć, kosmetyki, którymi zrobię makijaż… Tak, aby rano się nie zastanawiać, gdzie co jest, aby obudzić się w czystym domu i aby nie głowić się, co przygotować do jedzenia. Po prostu wstaję na gotowe.

6. Cierpliwości! Karma zawsze wróci


Ktoś kiedyś powiedział, że cierpliwość, to ostatni klucz, który otwiera drzwi. Na pewno cierpliwość to coś, co najczęściej tracimy, a już zwłaszcza w obliczu kłamstw, oszczerstw, fałszu… A szkoda, bo to jedna z największych cnót.

Miałam kilka takich sytuacji w życiu, kiedy zostałam pomówiona, oczerniona. Ot, popłakałam sobie parę razy, powiedziałam, co mam do powiedzenia (prosto, z mostu, bo inaczej nie ma sensu) i… cierpliwie czekałam na rozwój wydarzeń.

Mówi się, że karma wraca. Coś w tym jest. Można dopisywać znaczenie paranormalne, duchowe, czy jak tam zwał. Ale jeśli ktoś potraktował ciebie nie w porządku, to bądź pewien: nie jesteś ani pierwszą, ani ostatnią taką osobą. Były inne, będą kolejne. Jak nie ty- to ktoś inny. I ktoś w końcu nie wytrzyma. Być może tą osobą będziesz ty- wtedy odezwą się poprzednie, zmotywowane, z nową siłą, że ktoś wreszcie się przeciwstawił. Jeśli przemilczysz i przeczekasz- trafi się ktoś inny, komu puszczą nerwy. Trafi w końcu kosa na kamień. A tobie pozostanie tylko satysfakcja (w zależności od stopnia zżartych nerwów, czasem to pyrrusowe zwycięstwo, zwłaszcza, jeżeli bierzesz się do walki, kiedy naprawdę nie masz ochoty walczyć, albo walczysz i zaprzestajesz). Prawda zawsze, ale to zawsze się wybroni. A kłamstwo nogi ma krótkie i wyjdzie kaczym krokiem przed szereg, a wtedy zostanie zauważone. Przez wszystkich. Nie musisz robić nic, nie musisz nikomu niczego udowadniać- jeśli ktoś krzywdzi ciebie, skrzywdzi i innych. Życie samo go ukarze.

5. Żyj w zgodzie ze swoją naturą


Pewnego pięknego, wiosennego dnia postanowiłam, że oto- od jutra (to magiczne jutro!) będę wstawała o 4:30. A najlepiej o czwartej, równo. Codziennie, z uporem maniaka, o godzinie czwartej, potem pół godziny później… wyłączałam budzik i smacznie spałam dalej do tej szóstej, czy siódmej. Czy mierzyłam siły na zamiary? Niekoniecznie. Z jednej strony mam ten luksus, że przebywam obecnie na urlopie macierzyńskim (kto w ogóle określił ten czas jako urlop?!). Z drugiej strony wieczorem, kiedy dzieci śpią, lubię zająć się swoimi sprawunkami. Trzeba posprzątać, by rano wstać w czystym domu i nie denerwować się, że zaraz coś wypadnie, żeby nic mnie nie rozpraszało podczas porannego treningu, żeby w końcu nie dostać depresji w bałaganie… Wypadałoby poczytać, popisać, pomalować, porysować… Jest tyle rzeczy do zrobienia, a tak mało czasu (chociaż i czas pojęciem jest względnym). Do czego zmierzam: jestem sową, typową sową. I zawsze nią byłam. Zawsze lubiłam siedzieć po nocach, wykorzystywać maksymalnie energię, którą w tej porze doby mam na naprawdę wysokim poziomie, by potem rano potykać się o własne nogi. I o ile mój organizm snu za wiele nie potrzebuje (około sześciu godzin), o tyle wieczorem, przed 22 nie mam szansy zasnąć. Nawet, jeśli dzień był niesamowicie aktywny, a ja sama wstałam w okolicach piątej nad ranem. W pewnym momencie moja obsesyjna chęć wstawania o czwartej nad ranem zaczęła mi dezorganizować wieczory- tak bardzo chciałam mieć czas dla siebie z samego rana, że zapomniałam, iż mam go wieczorami. Taki paradoks.

Powoli, małymi kroczkami, doszłam do wniosku, że moja chora ambicja nie ma sensu. Że skoro i tak mogę zorganizować tak dzień, żeby zdążyć ze wszystkim- to jaki to ma sens, żeby dostosowywać się do organizacji dnia wyznaczonej przez… no właśnie, kogo? Nie twierdzę, aby spać do południa. Nie zakładam, aby iść na spoczynek nocny o dziewiętnastej, Twierdzę, że należy słuchać swojego organizmu. Należy wyłapać, kiedy mamy najwięcej energii. Organizm sam wie najlepiej, czego potrzebuje i powinno się dostosowywać do jego potrzeb. Ciało samo wie, kiedy potrzebuje pożywienia, wie, kiedy potrzebuje napojenia. Tak samo wie, kiedy ma spadki i wzrosty energii. Słuchaj swojego ciała. Słuchaj swojego wewnętrznego głosu. Szanuj siebie i swój organizm, a on sam się tobie odwdzięczy. 

4. Nie myśl. Działaj!


Może nie tyle nie myśl, co nie trać niepotrzebnie energii na rozmyślania. Codziennie większość ludzi traci cenny czas, nie mogąc za coś się zabrać, gdyż… zabierają się do tego w głowie. I wałkują temat, obmyślają plan działania (tylko w głowie, a nie, np. na papierze), a nawet działają- niestety wciąż na poziomie mentalnym. A teraz zdradzę ci sekret- na działania mentalne zużywasz znacznie więcej energii, aniżeli na działania realne. Rusz głową, potem tyłkiem, zakasaj rękawy i bierz się do roboty. To nie czynność męczy- to myślenie o niej wykańcza. Po co myśleć, po co wałkować, skoro można to po prostu zrobić?

Myślenie o robieniu czegoś to takie trochę napędzanie błędnego koła. W głowie jest ogrom możliwości, a korzystamy w większości przypadków z tego negatywnego nakręcania, aż w końcu się zniechęcamy, aż uznajemy, że nie damy rady, bo (tutaj milion wymówek). A jeśli się za cokolwiek już weźmiemy, to mamy dwie możliwości:
  1. Boże! Czemu ja tego wcześniej nie zrobiłem/am? To, co wydawało się trudne, awykonalne, nagle okazuje się łatwe. Może nawet nie tak męczące, jak byśmy się tego spodziewali. Może nawet przyjemne. Ale na pewno do zrobienia.
  2. Jesteśmy już tak zmęczeni samym myśleniem, że brakuje nam energii na działanie.
Nie nastawiaj się. Nie oceniaj swoich możliwości. Działaj. Zapierniczaj. Powiedziałabym nawet ostrzej, lepiej by dotarło, ale dopowiedz już sobie sam. Nie zrażaj się niepowodzeniem- w gruncie rzeczy każde takowe traktuj jako powodzenie i wyciągnij wniosek, jak nie należy postępować. Szukaj rozwiązań. Potraktuj to jak przygodę. Nie myśl, czy coś możesz, czy czegoś nie możesz- po prostu spróbuj. Po prostu to zrób!

3. Szukaj pozytywów


Co może być pozytywnego w wypadku samochodowym? W dodatku, kiedy rozbijasz samochód, który zakupiłeś niespełna dwa miesiące wcześniej, nie miałeś wykupionego autocasco (a jedyne, co możesz zrobić z wrakiem, to oddać do kasacji), a w dodatku uszkadzasz sobie kręgosłup? Ano może być wiele. Taki właśnie wypadek, jak opisany wyżej, sprawił, że:
  1. Zaczęłam dbać o kondycję i zdrowie. Uszkodzenie kręgosłupa w odcinku szyjnym dawało mi się ostro we znaki, a jedynym skutecznym środkiem zaradczym i przeciwbólowym okazały się ćwiczenia fizyczne (dość intensywne). Poza oczywistym pozytywem przeciwbólowym, moja sylwetka wygląda obecnie lepiej, niż kiedykolwiek, w wieku 31 lat i po dwóch ciążach mam ciało zdecydowanie lepsze, bardziej kształtne i jędrne, aniżeli kiedy miałam lat 18. Mam kondycję, której niejeden może mi pozazdrościć (co jest dość istotne przy dwójce maluchów i braku windy, a dalej poruszamy się wózkami dziecięcymi).
  2. Nauczyłam cieszyć się z małych rzeczy. I nie zwracać uwagi na sztuczne problemy. Tak, większość problemów tworzymy sobie sami i tak naprawdę nie są to żadne problemy. Raczej nasze wariacje na temat jakichś tam trudności. Ale nie są to prawdziwe problemy. Zachwyca mnie słoneczna pogoda, w deszczu chce mi się tańczyć. Ten deszcz to takie błogosławieństwo natury! Sprawia, że przyroda odżywa, że wszystko rośnie, a my tak nie doceniamy tego cudu... Cieszy mnie każdy uśmiech moich dzieci, cieszy mnie gołąb na parapecie... Cieszy mnie wszystko, co mnie otacza i ma chociażby minimum pozytywnego wydźwięku.
  3. Nauczyłam się śmiertelności. A raczej zdałam sobie z niej sprawę. Gdy jesteśmy młodzi, jakoś nieszczególnie interesuje nas śmiertelność. Ba! W swoim (naiwnym, skądinąd) mniemaniu, jesteśmy nieśmiertelni! Tak, kiedyś każdy umrze, tak, na coś trzeba umrzeć... Ale jakoś nigdy nikt nie pomyśli o sobie. Że może umrzeć. I to w każdej chwili. I w głupi sposób... Spod pióra Paulo Coehlo w książce Weronika postanawia umrzepadają piękne słowa: To wiadomość śmierci pobudza nas do ycia.
  4. Poprawiły się moje relacje z osobami, z którymi miałam nie do końca wyjaśnione sprawy. Świadomość, że pewne kwestie mogły już na zawsze (w tym życiu) pozostać otwarte, zdecydowanie otworzyły pewnym osobom oczy. Mi także.
Co może być pozytywnego w chorobie? Jakby poszukać dogłębnie, to i tutaj coś się znajdzie. Szanowne zdrowie, nikt sinie dowie, jako smakujesz, asizepsujesz pisał Kochanowski w jednej ze swoich fraszek. To choroba nas zatrzymuje i zmusza do zmiany. Perspektywa zażywania insuliny (a tę wątpliwą przyjemność już przerabiałam w pierwszej ciąży) tak skutecznie oduczyła mnie używania cukru, że zmieniłam całkowicie swój sposób odżywiania. Efekty?
  1. Zdrowie. To przede wszystkim. Glikemia sama się wyrównała.
  2. Sylwetka. Zrzucone kilogramy i wymiana całej garderoby jak najbardziej na plus. A właściwie na minus- minus 4 rozmiary i kilkaset złotych. Ale za to jaka frajda!
  3. Więcej energii. Zdecydowanie odstawienie cukru zmniejszyło moje zapotrzebowanie na sen i zwiększyło poziom witalności.
  4. Smaki. Odkryłam je na nowo. Bez cukru, już po dwóch tygodniach, poczułam wszystko znacznie intensywniej. I smaczniej.
  5. Ładniejsza cera, włosy i paznokcie. Ogólnie lepsza kondycja wizualna (i nie tylko!) całego organizmu.
I tak można ze wszystkim. Ktoś odszedł? Pobłogosław. Ciesz się, że miałeś taką osobę przy sobie. Ciesz się z czasu, który był wam dany. We wszystkim doszukuj się pozytywów. Jak to śpiewał Muniek Staszczyk z zespołu T.Love: Bdpozytywnym wojownikiem, kiedy na ringu zostajesz sam.